Klucz do końca reszty świata

Klucz do końca reszty świata
To było moje drugie lato w Stanach Zjednoczonych. Jednak  “Florida Keys” wywarło na mnie tak ogromne wrażenie, jak nic dotąd na amerykańskim kontynencie.
   Nasza wyprawa na Florydę była cudownym oderwaniem sie od monotonnej amerykańskiej rzeczywistości i mojej wakacyjnej pracy.    Niecałe trzy godziny lotu do Miami i po prostu świat się wokół zmienia całkowicie.  Nie muszę chyba rozpisywać sie na temat białego jak śnieg piasku,  krystalicznie czystym Oceanie i moich ukochanych palm, które po prostu były wszędzie. Jednak wyprawa na sam koniec łańcuszka “wysp kluczy” ukazała mi, że w takim miejscu mogą kryć sie tak cudowne rzeczy.
“Florida Keys” są bardzo długim pasmem około 1700 wysp, ciągnących sie 240 km. Łańcuszek zaczyna się od południowo-wschodniego końca półwyspu Floryda, kończy się wyspą – miastem Key West. Można tam dojechać drogą stanową nr 1. Dalej są juz tylko bezludne wysepki Dry Tortugos i Ameryka Środkowa.

Już sama czterogodzinna trasa z Miami sprawiła mi ogromna frajdę.   Nasz samochód poruszający się po wąskim wiadukcie, przecinającym  Ocean Atlantycki i Zatokę Meksykańska, wdzierał sie co jakiś czas na wysepki porośnięte palmami, kaktusami i wszelkimi bujnymi roślinnościami. Gdzieniegdzie małe domki lub wille poukrywane w buszu zieleni i czające sie wokół krokodyle. Wyspy Marathon i The Lower Keys łączy najdłuższy most na jakim kiedykolwiek byłam, wspaniały  “7 Miles Bridge”. Nad nami błękitne niebo bez śladu chmur, dookoła woda. I nic więcej!

   Można powiedzieć, że rajskie widoki psuły przydrożne restauracje, których jak wszędzie było po prostu całe mnóstwo. Ale jakże zbawienne potrafią być dla wygłodniałego turysty! Zresztą Ameryka pozostaje Ameryką, nawet jeśli jest to koniec świata. I tak właśnie było. Dojechaliśmy na Key West, ostatnia z wysp. Koniec drogi. Dalej już tylko Ocean.
 Pobyt na wyspie zaczęliśmy od zaklepania sobie miejsc na lot spadochronem za motorówką i nurkowanie wśród raf koralowych.  Widok z góry – niesamowity. Setki wysp dookoła, maleńkie jak zabawki łodzie i jachty rozsypane w turkusie oceanu i tysiące palm. A nawet w oddali, na horyzoncie widok hawańskich kominów. I zero jakiegokolwiek strachu. Pod woda? Kolejny cud. Przepiękna rafa koralowa, mnóstwo  różnobarwnych stworzeń o jakich mi sie nawet nie śniło… i spotkanie z dwoma małymi  rekinami. Nikomu nie życzę wrażeń i strachu jakie owe spotkania we mnie wywołały!

   Same miasteczko jest po prostu bajkowe. Tak mało amerykańskie, kolorowe, ze śladami tajemniczej, artystycznej atmosfery.  Niestety ostatnie trzydzieści lat oraz napływ ogromnej ilości turystów sprawił, że z tej niesamowitej aury pozostały tylko strzępki. Niegdyś Key West było oazą bohemy oraz ludzi o odmiennej orientacji seksualnej, gdzie czuli się całkowicie wolni, odizolowani od wielkiego świata i tłumu. Swoją przystań znalazł tam miedzy innymi pisarz Ernest Hemingway, w którego domu znajduje sie muzeum i… około pięćdziesiąt kotów.
Wielbiciele knajpek znajdą wiele ciekawych i przytulnych miejsc na spędzenie wolnego czasu, czy spróbowanie wyśmienitej latynoamerykańskiej kuchni. Przy wielkim porcie można wdrapać się na latarnię morską, której widok jest naprawdę powalający. Wilków morskich może również zainteresować muzeum wraków oraz akwarium.

Na Key West jest takie miejsce, które oficjalnie jest uznane za koniec wyspy, jak i również koniec Stanów Zjednoczonych. Miałam wrażenie, ze był to właściwie koniec świata. Właściwie stojąc przy ogromnej boi, oznaczającej najbardziej wysunięty na południe punkt Stanów Zjednoczonych, miałam świadomość, ze dziewięćdziesiąt mil za tą wielką wodą, jest cała reszta tego końca. Moja wymarzona Kuba.

     
Jedynym miejscem na wyspie, które nie przeżywało oblężenia turystów była iście rajska plaża. Nie pozwala im na to bardzo wysoka temperatura powietrza i wody w Oceanie dookoła wysp. Z powodu koralowej płycizny woda pozostaje bardzo ciepła przez cały rok. Niestety kąpiel w niej nie przynosi żadnej ulgi. Jednak można bez wahania wybrać sie na spacer po oceanicznym dnie na jedną z okolicznych wysepek.

Niestety trzeba było w końcu wracać do Miami. Nasza trasa powrotna była długą gonitwą za jedyną na niebie, ogromną białą chmurą, z której co jakiś czas sypały się błyskawice rozświetlające czarną oceaniczną nicość. To był z pewnością sam koniec świata.. albo dopiero początek całej tej reszty końca.

Autor: ozz

Main Menu

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *